HIENA CMENTARNA

Część I

Wreszcie dotarła na miejsce. Nie sądziła, że kiedykolwiek będzie mogła przekroczyć próg Uniwersytetu Altdorfskiego i wygłosić tu wykład, w największej auli uczelni. To była droga pełna wyrzeczeń, ale dziś miał być jej dzień. Jeszcze raz spojrzała na trzymane w ręku podłużne zawiniątku. Zajęło jej to dwa lata, ale udało się. Dziś odda artefakt w ręce właściciela, Księcia Elektora Stirlandu. Gdyby ktoś powiedział jej, że osiągnie kiedyś coś takiego nie uwierzyłaby. Teraz w swoich dłoniach trzymała skarb, a wokół niej pilnie krzątała się Gwardia Reiklandu, aby nie stało się nic nie przewidzianego.

Stała w progu sali. Miała na sobie taki sam strój jak w dniu, w którym wyjechała z miasta. Ubrana była w skórzane spodnie, koszulę z szerokimi rękawami, jej talię opinał skórzany gorset misternie zdobiony w znajdujące się w jej herbie krzyże, w końcu jej ojciec był członkiem Imperialnej Gwardii Pałacowej. Na szyi na łańcuszku wisiał symbol Vereny, misternie rzeźbiona złota waga, na nogach miała zaś wysokie skórzane buty. Całość wizerunku dopełniał biały materiałowy płaszcz z wyhaftowaną na nim, czarną nicią, różą. Uśmiechnęła się lekko na widok zgromadzonych osób. Byli tu nie tylko ludzie, ale również przedstawiciele elfów i krasnoludów, szczególnie znakomita osobistość miała potwierdzić autentyczność Runicznego Kła. Hakarim Bararikson z twierdzy Karak Izor, wiekowy Arcymistrz Kowali Run, gotowy do orzeczenia autentyczności znaleziska.

Z uwagą słuchała wstępu profesora Richarda, w którym opisywał jej dotychczasowe osiągnięcia, w końcu nie była to jej pierwsza wyprawa.

– A teraz drodzy Państwo powitajcie gorąco Rosalindę Eisenhauer, zwaną przez przyjaciół Białą Różą.

Sala rozgorzała od oklasków, które trwały dobrą chwilę. Nie było na co czekać. Pora rozpocząć przedstawienie. Pewnym krokiem weszła na salę, przywitała się z Profesorem i oddała mu zawiniątko, które natychmiast umieszczone zostało na specjalnie przygotowanym dla niego podeście, jeszcze bez jego rozwijania. Stanęła za mównicą i czekała, aż tłum się uspokoi. W międzyczasie patrzyła na salę. Wypatrzyła swoją rodzinę. Matka i ojciec o czymś rozmawiali. Podejrzewała, że matka poznała jej strój. Ojciec, jak zwykle, pewnie nie dopuszczał do siebie takiej myśli, przecież jego córka zaginęła kilkanaście lat temu. Zapewne już dawno pogodzili się z myślą, że nie żyje.

Tłum się uspokoił. Wszyscy patrzyli na wyglądającą na około trzydzieści lat kobietę o jasnych, długich włosach, spiętych teraz w warkocz. Jej twarz była niezwykle jasna i mimo wieku nie widać było na niej ani jednej zmarszczki. Długie rzęsy okalały piękne zielone oczy, a mały, leciutko zadarty nos i krągłe usta dopełniały całości tej szczupłej twarzy.

– Witam wszystkich zgromadzonych w tym gmachu. Wiem, że wszyscy przyszliście zobaczyć to, co ukrywa się pod tym okryciem – powiedziała, wskazując na zawinięty przedmiot. Proszę Was jednak o jeszcze chwilę cierpliwości. Dziś chcę odkryć przed Wami wszystkie karty. Opowiem Wam nie tylko o wyprawie, której efekty leżą tu teraz przed nami, ale również o tym kim byłam zanim stałam się Białą Różą. Na koniec zaś wskażę osobę, która ukradła ten przedmiot- powiedziała wskazując zawiniątko.

W tym momencie drzwi do auli otworzyły się szeroko. Do środka weszli kapłani Vereny i Sigmara. W najbardziej bojowych swoich wersjach. Kapłani zajęli miejsca wzdłuż ścian, pilnując wszystkich wejść i okien. Poruszali się bardzo sprawnie, cała „ operacja” zajęła ledwie kilka chwil.

Po sali przebiegły ciche komentarze zaskoczenia, jednak nikt nie protestował. Kobieta kontynuowała więc swoją przemowę. Spojrzała jeszcze na kapłankę Vereny, a ona uśmiechnęła się przyjaźnie i skinęła jej głową. Wzięła zatem głęboki wdech i zaczęła.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

38 + = 39